Spotkałem się z teorią, która mówi, iż postępowanie kiboli w czasie pojedynków piłkarskich idealnie odbija sytuację będącą w państwie, z którego ci kibole się wywodzą. I trudno się z tym nie zgodzić. Myślę, iż tak samo rzecz się ma, kiedy chodzi o polskich hip-hopowców i teledyski, jakie nakręcają do swych dzieł. Bez wątpienia, iż górują tam pieniądze. Hip-hopowcy rapują o tym jak kochają nimi szastać, jak dziecinnie łatwo idzie im ich tracenie, że nie ciułają ich ani na procenty, ani prostytutki ani tym bardziej narkotyki. Nurtem przewodnim z reguły jest zarabianie pieniędzy. Że przychodzi im to jak ręką odjął, iż nie muszą obawiać się o jutro, że kasa to ostatnia kwestia, o jaką się martwią. Tylko głupcy skorzy są pomyśleć, iż nasz krajowy raper rzeczywiście ma tak wygodnie. W naszym kraju status platynowej płyty dostaje dysk, który sprzedał się w ledwie 20 tysiącach sztuk, sum za tantiemy także nie ma zbyt wielu, gdyż polskie radia rzadko grają czarną muzykę. W tekstach polskich pseudo-gangsterów wiele zatem zakłamania, ubarwiania i chwalenia się. Prawda jest taka, że chłopcy którzy każdego dnia wylegują się na ławeczce przed sklepem i raz na jakiś czas nagrają rym i wrzucą go do sieci, mogą tylko pośnić o życiu zagranicznych hip-hopowców dostających miliony dolarów rokrocznie. A i tym w inkasowaniu pieniędzy wydatnie uniemożliwił ostatnio kryzys giełdowy. Wszakże w teledyskach zaczęli rzucać… najmniejszymi banknotami.